Jak ogolnie wiadomo od pazdziernika chodze do szkoly na kurs wloskiego dla obcokrajowcow, choc wlasciwie mozna powiedziec, ze chodzilam, bo od poniedzialku zmienilam szkole.
Teraz chodze na wloski dla wlochow (czytaj: zero ulg), na angielski (ktory zapomnialam i to duzo) i na niemiecki (ktory jest czarna magia).
Musze powiedziec, ze mam tam w tej szkole misz-masz jezykowy, bo wszystko jest tlumaczone po wlosku czyli rowniez angielski i niemiecki :)
Mam wiec teraz duzo wiecej zajec, codzienna szkole i jeszcze dom, w ktorym cos od czasu do czasu trzeba zrobic.
Spytacie wiec: ale o co chodzi??
A no chodzi o to, ze w tym wszystkim to mi sie wcale nic nie chce. Nie wiem czy to len czy brak motywacji. Choc na chlopski rozum, to motywacje mam- doskonalenie jezyka kraju, w ktorym zyje!, ale najgorsze jest dla mnie zaczac: typu wyciagnac ksiazki, przeczytac nowelke, napisac cos. Jak juz zaczne to juz potem mi idzie jak z platka, ale zaczac..... masakra.
No i kto madry mi powie, co to jest i jak z tym walczyc?
Nawet FarmVille mi sie nie chce :D
Dziwne, nie?